Nie jesteśmy ciałem, które ma duszę. Jesteśmy duszą, która ma ciało.
Wybrała je sobie, bo tylko w taki sposób, wchodząc w materię, może funkcjonować w świecie materialnym. Musi mieć punkt zaczepienia.
Można powiedzieć w dużym uproszczeniu, że dusza przyczepiona jest do ciała na magnesy. Ależ ależ — ja wiem, jak to brzmi! Ale nie, jeszcze nie bredzę. Tłumaczę. Każde uderzenie serca to impuls elektryczny, który wytwarza silne pole magnetyczne — najsilniejsze w całym organizmie, mierzalne w magnetokardiografii kilka centymetrów poza skórą. Badania HeartMath pokazują nawet, że pole serca synchronizuje się z polami innych ludzi w pobliżu. Mózg robi to samo, tylko w bardziej skomplikowanym rytmie — to dokładnie rejestruje EEG. Razem tworzą coś, co fizyka nazywa dynamicznym polem elektromagnetycznym człowieka. Spirytystyka mówi tu o „aurze” lub „energii” człowieka. Dwie nazwy, jedno zjawisko, które utrzymuje duszę w cielesnych ryzach.
Można to sobie wyobrazić tak: ciało to magnes, który wytwarza pole, a dusza — to subtelna struktura energii, która w tym polu może się zakotwiczyć. Nie przykleja się do mięśni czy organów. Ona trzyma się pola magnetycznego, a pole trzyma się ciała, bo przez nie jest generowane. Proste? Dla mnie kiedyś brzmiało jak bajdurzenie żula Mariana po kilku głębszych. Teraz już nie brzmi.
Pora na rusztowanie. W ciele mamy dwa kręgosłupy. Ten materialny oraz ten energetyczny. Czakry to nie magiczne kolorowe wiry, tylko właśnie ten energetyczny kręgosłup. W duchowości — centra energii. W biologii — miejsca, gdzie skupia się układ nerwowy i hormonalny: splot krzyżowy, lędźwiowy, trzewny (czyli największe centrum nerwowe po mózgu), grasica, tarczyca, szyszynka. Dwie narracje opisujące tę samą mapę.
Gdy czakra pracuje prawidłowo — sygnał jest czysty. Dusza „słyszy” ciało, ciało „słyszy” duszę. Odbierają się nawzajem. Gdy czakra jest zaburzona, zamknięta — sygnał się rwie. Ciało reaguje bólem, stanem zapalnym lub napięciem, dusza — dezorientacją, brakiem kierunku, poczuciem odłączenia. Jesteśmy w tak zwanej dupie. Biologia mówi na to: rozregulowana oś HPA, niski ton nerwu błędnego, chaos między układem współczulnym a przywspółczulnym. Efekt identyczny.
Czakry więc i ich stan decydują o jakości kontaktu między duszą a biologią ludzkiego ciała. Dusza znów również wpływa na czakry, bo to przez nie kieruje energią, intencją i emocją.
To tak w ramach fizjologii duchowej. Ale do rzeczy, bo ja to wszystko tłumaczę po coś.
A teraz to coś. Uświadomienie sobie, że tak naprawdę jesteśmy głównie duszą, a nie ciałem — zmienia wszystko (a przynajmniej powinno). Szkopuł w tym, że strasznie ciężko to zrobić, bo tutaj — na ziemi, po której wszak twardo trzeba stąpać — odczuwamy prymarnie ciało i jego odgłosy, odruchy i potrzeby. Dusza funkcjonuje jako coś abstrakcyjnego, drugoplanowego, na czym trzeba się skupić może raz w tygodniu. W niedzielę. Potem wracamy w nasz regularny rytm zachowań skoncentrowanych wokół ciała właśnie.
By to zmienić — by zrozumieć, że jesteśmy istotą duchową, która jedynie ubrała się w ciało, aby dokonać tego, co ma do zrobienia na ziemi, trzeba czakry otworzyć, oczyścić. Potem mózg zakneblować, ciało przesunąć na drugi plan i w końcu myśli wyłączyć.
I tutaj pojawiają się schody, ponieważ podstawowym zadaniem mózgu jest utrzymanie nas przy życiu. Co za tym idzie, ciężko mózg uciszyć. On będzie gadał, mielił, analizował, przypominał, oceniał, drążył, ostrzegał, podsuwał obrazy, wypełniał luki, zakłamywał wspomnienia i już. Z perspektywy neuronauki to właśnie aktywność tzw. domyślnego trybu pracy mózgu — DMN — który generuje strumień myśli, żeby przewidywać zagrożenia. To jego praca, nie wada charakteru. Sam się nie zamknie. Trzeba mu w tym pomóc.
Medytacją na przykład (a tej tyle rodzajów, ilu ludzi, którzy ją praktykują). Medytacja to nie jakieś duchowe kokodżambo dla nawiedzonych (bo takie opinie też słyszałam). To stopniowe wyciszanie umysłu, skupienie się na ciele, a wreszcie odłączenie od niego. Badania fMRI pokazują, że medytacja uspokaja DMN, wzmacnia korę przedczołową i harmonizuje fale mózgowe. W języku duchowym: przechodzimy do nadświadomości, czyli — nazwijmy to prosto — do kontaktu z duszą.
Pomagają czasami wstrząsy — choroby, wypadki, utrata bliskich. Sytuacje zwane granicznymi, bo po ich doświadczeniu już nic nie jest takie samo. Są granicą pomiędzy starymi i nowymi wersjami nas samych. Psychologia nazywa to post-traumatic growth — gwałtowną reorganizacją mózgu po traumie, która zmienia priorytety i sposób widzenia życia. Duchowość mówi: dusza się budzi.
To są też momenty samo-irytacji, kiedy mówimy: „Sam już ze sobą nie mogę wytrzymać”.
Sam ze sobą, czyli kto z kim? Nasz duch z naszym ciałem, rządzonym tą gadułą — umysłem. Wtedy otrzymujemy informację jak na tacy: nadświadomość (dusza) nie zgadza się z tym, co robi ciało, w którym mieszka. Co gada mózg, jakie reakcje wywołuje to w ciele, jakie ma człowiek nawyki, jakie błędy powtarza, czego ciągle nie widzi. Stres, strach, niepokój, rozdrażnienie, przerażenie, a nawet wymioty i inne sraki.
Wtedy dochodzimy do konkluzji następującej: ok. Jesteśmy duszą. Jesteśmy tutaj po coś, inaczej siedzielibyśmy sobie wygodnie w świecie duchowym, zamiast się tu szarpać.
Ale! Jeśli skupimy się wyłącznie na ciele, jest takie ryzyko, że nie dojdziemy do tego, kim jesteśmy i PO CO tutaj jesteśmy.
Pozwolimy, by umysł nas rozpraszał — a że będzie to robił, to gwarantowane. On po to jest. Będzie narzucał nam się ze swoim analizowaniem przeszłości, planowaniem przyszłości, stresowaniem się nią. Nigdy tak naprawdę nie będziemy przeżywać świadomie momentu teraźniejszego.
A co za tym idzie — będziemy się miotać.
Przykład: to tak jakbyśmy przyszli do nowej firmy, ale rozmyślali o tym, co robiliśmy w starej. Ewentualnie o tym, co może pójść nie tak tutaj, bo w poprzedniej szło źle. Nigdy nie zrozumiemy, po co w tej nowej firmie jesteśmy. Jaki zakres obowiązków mamy, jakie umiejętności musimy opanować. Prawda?
A dusza? Nie krzyczy. Jest zbyt stara i zbyt mądra, by się drzeć. Czeka. Ma czas. Jest przecież wieczna. Nauka pokazuje, że stany głębokiej intuicji to synchronizacja fal gamma — subtelnych, cichych, ale wyjątkowo spójnych. Duchowość mówi: głos duszy. Biologia: zsynchronizowane obwody mózgowe w momentach wysokiej świadomości. Jedno i to samo, inne słowa.
Dla duszy jeśli nie to wcielenie, to inne. Ale na logikę— lepiej zrobić to, po co się przyszło szybciej niż później, żeby po powrocie do domu (w świat duchowy) duch nie musiał się pacnąć w czoło, że znów wcielenie zawalone. Że trzeba się wcielić jeszcze raz, bo inaczej duchowa stagnacja i nuda na tym samym poziomie i to na wieki, niczym w grze komputerowej — ta sama plansza. Toteż może dusza nam szepnie: „a weź się w końcu, kierwa, skup człowieku, żebyśmy tej samej lekcji nie musieli przerabiać do usmarkania”. W przeciwnym razie będzie trzeba tu wrócić i zacząć raz jeszcze, i raz jeszcze, i jeszcze raz… Tak, aby w końcu można było przejść poziom wyżej, gdzie są już inne zadania. Inne wcielenia. Inne wyzwania.
Zamiast więc miotać się jak kura bez głowy, obijając się o wspomnienia, przypuszczenia i strachy, skupmy się czasami na duszy. Tylko ona przecież wie, po co do cholery ten cały cyrk zwany życiem…
Nie. Nie jesteśmy ciałem.
_______
In English 🇬🇧
https://k-kreative.co.uk/f/a-treatise-on-magnets-soul-chatty-brains-and-operating-systems
_________
Grafika
:https://soul-literally.com/soul-and-body-connection-explained-understanding-your-true-nature/

Komentarze
Prześlij komentarz